Początek treści

wróć...Transkrypcja - podcast 10_B.Paciorkiewicz


[00.00.00] Muzeum
Niezaniedbane. Rozmowy o dzieciństwie czasu wojny.
Podcast Muzeum Dzieci Polskich - ofiar totalitaryzmu w Łodzi.

Dzieci wojny. Wysiedlane, osamotnione, osierocone, okaleczone, bezdomne, więzione i wyniszczane w obozie na Przemysłowej, w obozach koncentracyjnych, obozach pracy, mordowane w obozach zagłady. Dzieci - świadkowie zdarzeń, których nigdy nie powinny zobaczyć, skazane na głód i ubóstwo. Wśród tej wielkiej, trudnej, a nawet niemożliwej do policzenia grupy najmłodszych i najbardziej bezbronnych ofiar wojny, był jeszcze jeden podzbiór. Dzieci zrabowane. Zrabowane na rasę, zabrane siłą z polskich rodzin, bo ich cechy fizyczne i zdolności intelektualne nadawały się do zniemczenia. Na okładce książki „Brunatna kołysanka” Anny Malinowskiej widzimy buzię małej dziewczynki w trzech ujęciach i jej numer 397. Ta dziewczynka jest dzisiaj z państwem i z nami. Nazywa się Barbara Paciorkiewicz. Wspaniale panią tu gościć. Dzień dobry.

[00.01.25] Barbara Paciorkiewicz 
Dzień dobry.

[00.01.26] Muzeum
Rozmowa będzie na pewno miła, bo Pani jest cudownym człowiekiem i na pewno długa, bo Pani historia jest nie tylko odcinkiem ponad siedmiu dekad, ale też czasem pełnym nie dających się przewidzieć zwrotów akcji. Zacznijmy więc od początku. Skąd mała Basia przybyła podczas wojny do Łodzi? Skąd się Pani tutaj wzięła?

[00.01.49] Barbara Paciorkiewicz 
Najpierw przybyłam do Polski. Moje pierwsze kroki to były Katowice. Strasznie długi pociąg, podróż długo trwała, bardzo często stał na uboczu i wówczas dzieci mogły wyjść trochę na trawę. W Katowicach z dworca zabrano nas takimi wojskowymi samochodami wojskowymi Czerwonego Krzyża, do takich baraków. No i tam mówiono, że dzieci, które zostaną zabrane przez rodzinę, to pójdą do rodziny, a te, które nie zostaną zabrane, pójdą do sierocińca. Ja co prawda w ogóle nie wiem, jak się dowiedziałam o tym. W każdym razie jakimś cudem się dowiedziałam, ktoś może mówił też po niemiecku. No i któregoś dnia zawołano: Barbara Geisler, to jest moje nazwisko. Barbara Geisler. No ja oczywiście się nie zgłosiłam, no bo no dla mnie to było obce w ogóle nazwisko. No, ale później po raz trzeci przyszedł ten pan i powiedział: Bärbel Rossman. No, Bärbel Rossman to byłam ja. To były pierwsze kroki moje w Polsce.

[00.03.17] Muzeum 
Mam przed sobą protokół podstemplowany przez Polski Czerwony Krzyż. Protokół spisany w Katowicach dnia 10 lipca 1948 roku w sprawie odbioru dziecka – Geisler Barbara - która urodziła się 2 lutego 1938 roku, z transportu numer i z dnia tego i tego. Dowód przekazania przedmiotu. Tak to można odebrać. Było was bardzo dużo. Ale, pani Barbaro, ta Łódź, kiedy Pani przybyła w roku 1948 do Polski, nie była dla Pani terenem zupełnie obcym i zupełnie nowym, bo ta Łódź była już wcześniej w Pani życiu. Dobrze myślę? Bo z samego z samej północy Polski na początku wojny ktoś panią tutaj wyekspediował i została Pani tutaj na jakiś czas.

[00.04.14] Barbara Paciorkiewicz
No niestety to dziecko nie zakodowało tego pobytu. Mój początek mojego życiorysu to jest Lebensborn w Połczynie. A co było przedtem, to niestety..

[00.04.30] Muzeum
Przekaz rodzinny tylko?

[00.04.33] Barbara Paciorkiewicz
To znam z opowiadania babci, z dokumentów, ale moje życie się zaczyna od Połczyna.

[00.04.40] Muzeum
Ale bardzo, bardzo ładnie po niemiecku powiedziała Pani Lebensborn, z takim idealnym akcentem w Hochdeutsch.

[00.04.52] Barbara Paciorkiewicz
Ja właściwie mówiłam dobrze po niemiecku, no wychowana byłam w rodzinie pedagogów. To było dla mnie coś strasznego. To jak ja zawsze mówię, że moja wojna zaczyna się po wojnie. Taka wewnętrzna moja wojna, gdzie musiałam walczyć o to, żeby mnie akceptowano, żeby mnie zrozumiano. Nie miałam rodziców, nie mogłam się przyzwyczaić do nazwiska, wszystko było obce, wszystko było zrujnowane. Do Katowic przyjechał wujek i właśnie wtedy, kiedy mnie wywołano, to ktoś powiedział „Onkel” po niemiecku. No to ja poleciałam jak na skrzydłach do tego wujka, który szedł akurat przez podwórze, i rzuciła mu się na szyję. A wujek taki zaskoczony, może się zastanawiał, jak się przywitać z tym dzieckiem, kim ono jest. No a ja po prostu skoczyłam mu na szyję z radości, że ktoś mnie stąd zabierze, bo ten sierociniec, który widziałam przez okno, gdzie siostry zakonne z dziećmi szły do kapliczki albo obierały ziemniaki na tym podwórku… no to byłam szczęśliwa, że jakiś wujek przyjechał, którego w ogóle nie znałam.

[00.06.19] Muzeum 
Że jest jakiś krewny?

[00.06.21] Barbara Paciorkiewicz
A wujek był tak przerażony, że wyjął bułkę i serdelka i pierwszy raz w życiu miałam całą kiełbasę w ręku, i bułkę. No to był początek.

[00.06.34] Muzeum 
Początek początku to była chyba Gdynia. Czy dobrze pamiętam, że w Gdyni się Pani urodziła?

[00.06.42] Barbara Paciorkiewicz
Urodziłam się w Gdyni.

[00.06.45] Muzeum
Potem była chwilę Łódź i potem ten Połczyn, który Pani pamięta, i potem już Niemcy.

[00.06.53] Barbara Paciorkiewicz
No tak.

[00.06.54] Muzeum
Czy jeszcze inaczej? Czy bardziej zawikłane to było niż myślę?

[00.06.58] Barbara Paciorkiewicz
Tego nie pamiętam. To znam z opowiadania. Tak.

[00.07.01] Muzeum
A potem już taka nazwa bardzo, bardzo nie niemiecka moim zdaniem. Może mnie Pani poprawi, ale Lemgo to nie brzmi po niemiecku. To bardziej przypomina jakąś nazwę skandynawską.

[00.07.13] Barbara Paciorkiewicz
Powiedziałabym dzisiaj, że Lemgo to taka moja druga mała ojczyzna, bo tam się wychowałam, tam miałam rodziców, tam byłam kochana, tam była jakaś nadzieja, jakaś radość.

[00.07.27] Muzeum 
Jakaś normalność.

[00.07.28] Barbara Paciorkiewicz 
Wojny w ogóle nie widziałam. Słyszałam tylko jakieś naloty, jak bombardowano Berlin na przykład albo inne miasto, i jak siedzieliśmy z sąsiadami w piwnicy czasem cały tydzień, póki te alarmy były. No, to była wojna, ale jako dziecko byłam szczęśliwa, chociaż jak mnie przywieziono do tego domu, to bardzo płakałam. No bo ten płacz dziecka to zawsze był wtedy, kiedy to dziecko znowu gdzieś przewozili. Bo to było kilka takich zakładów, gdzie przygotowywano te dzieci do germanizacji, czego ja oczywiście w ogóle jakoś nie zapamiętałam, ale widocznie to ten pobyt w tym Połczynie był dla dzieci straszny. Dlatego, że nie wolno było mówić po polsku, a przecież dzieci nie znały innego języka, ani też nie rozumiały tych opiekunek, które się nimi zajmowały. No i za każde słowo była kara. Dostawałyśmy zastrzyki. Jak jedno dziecko płakało, zaczęły płakać inne dzieci. No i te zastrzyki - strasznie bałyśmy się tych zastrzyków. No i tego moczenia w nocy, no bo wiadomo, dzieci przeżywają tę stratę, kiedy zabrano im czy rodziców, czy rodziny. No i przeżywały to w nocy, więc zawsze były łóżka mokre, i za to też były rano bite, także to też był taki lęk. No i były te dzieci zawsze przedstawiane komuś. No i siedziałyśmy na parapetach w tym Połczynie. Ja potem po latach jak tam pojechałam to się zdziwiłam, że to był taki wąski parapet. A przecież jako dzieci to dla nas był szeroki ten parapet. I siedziałyśmy, ciągle nas przeganiano stamtąd. No ale jak te dzieci tęskniły.

[00.09.54] Muzeum 
Siedziałyście jako małe dzieci na tym szerokim, jak się potem okazało, wąskim parapecie. Patrzyłyście przez szybę na świat i pewnie czekałyście na jakichś miłych dorosłych, którzy przyszliby po was i sprawiliby, że to życie byłoby normalne. Któregoś razu ktoś po Panią przyjechał.

[00.10.18] Barbara Paciorkiewicz 
No tak. ustawiano dzieci w rządku i ja zawsze szłam na koniec.

[00.10.24] Muzeum
Dlaczego?

[00.10.26] Barbara Paciorkiewicz 
No bo dzieci musiały się chyba przedstawić. Czy mówiono jakieś imiona, to nie pamiętam.

[00.10.33] Muzeum
Była Pani nieśmiała?

[00.10.34] Barbara Paciorkiewicz 
Wiem, że zawsze jak przyszła moja kolej, to ja leciałam na koniec. No i ten pan się zainteresował. Ale to, że się zainteresował, to on już wiedział. Po latach się dowiedziałam, jak to w ogóle było. Ta rodzina straciła córkę, która miała 9 lat i zmarła na szkarlatynę.

[00.10.55] Muzeum 
Słynna Ursel.

[00.10.57] Barbara Paciorkiewicz 
Ursel. Tak, Ursel Rossmann. No i była taka żałoba. Ta rodzina miała jeszcze dwóch synów dorosłych, których zabrali do Wehrmachtu. Wiadomo, że wszyscy mężczyźni młodzi to musieli walczyć. No i była taka żałoba straszna w domu i postanowili, ponieważ mówiło się, żeby się zaopiekować dziećmi, które są sierotami po zmarłych oficerach czy wojskowych. Potem się mówiło: sieroty ze wschodu, żeby opiekować się tymi dziećmi. I właściwie ta rodzina chciała mnie adoptować, ale jak się okazało, że adopcja była niemożliwa, no bo wiadomo, Lebensborn, ta instytucja cały czas kontrolowała to dziecko w tej rodzinie. To chodziło o to, żeby te dzieci dobrze wychować, żeby na przykład chłopcy, i to już 14-letni, byli militarnie przygotowywani. Oni mieli bronić tą ojczyznę. A dziewczęta, no wiadomo, miały rodzić to przyszłe pokolenie, rasowo wartościowe dzieci. Co to znaczy w ogóle rasowo wartościowe? Ale taka była idea Himmlera, że najpierw się opiekował gołębiami, a potem jakąś rasę, prawda, nordycką czy jakąś tam. No, w każdym razie były te dzieci kontrolowane i adoptować nie można było. Oczywiście ten Pan, Pan Rossman, który bardzo się interesował, chciał bardzo dziecko wziąć, które jest całkowitą sierotą, i żeby wychować to dziecko, żeby mieć z powrotem tę straconą córkę. I tak znalazłam się w tej rodzinie.

[00.13.09] Muzeum
No właśnie. I pojechała Pani do Lemgo.

[00.13.12] Barbara Paciorkiewicz
To jest Lemgo

[00.13.13] Muzeum
Tak. Lemgo, miasto w Niemczech, Nadrenia północna Westfalia, czyli dosyć daleko. Od Łodzi to ponad 800 km. Daleko Panią zabrali.

[00.13.21] Barbara Paciorkiewicz 
No tak, ale dokumenty mówiły, że byłam nawet najpierw w Łodzi, w różnych domach dziecka, które już przyjęły Niemcy. A potem wysłano mnie do Bruczkowa i z Bruczkowa do Połczyna. No bo w tej korespondencji Rossmanów z tym Lebensbornem to jest również takie pismo, że przygotowują w Litzmannstadt grupę dzieci, że jak przyjadą to wyślą, powiadomią i będzie mógł przyjechać i dziecko zabrać. No i tak było. Ale po latach, kiedy znów się z nimi spotkałam, to byłam ciekawa, jak to się stało, że akurat mnie wzięli. No i ta moja przybrana mama powiedziała: "No dostałyśmy dwa zdjęcia. Biedne, takie sieroty, takie zapłakane. No i i nie mogłyśmy się zdecydować, którą dziewczynkę wziąć, bo chodziło o dziewczynkę, a nie o chłopca. Przewrócili te zdjęcia, no i Pani Rossmann wyciągnęła mnie, i tak się znalazłam w tej rodzinie.

[00.14.46] Muzeum
Basia została wylosowana.

[00.14.47] Barbara Paciorkiewicz 
O czym się dowiedziałam po wielu, wielu latach. Tak. No, w tej rodzinie przede wszystkim traktowano mnie jak własną córkę i bardzo mnie kochano, a przede wszystkim nie bito za zmoczone łóżko. Ja miałam 10 lat i jeszcze się moczyłam, bo ciągle miałam sny jakieś, ktoś mnie porywał, okno się otwierało i ten lęk taki to zawsze było łóżko mokre. Zawsze się tego wstydziłam, ale tak było.

[00.15.21] Muzeum
A co było, Pani Barbaro, problemem największym przez cały ten okres Pani dzieciństwa, który Pani pamięta? Co było największym problemem, co Pani najgłębiej zapamiętała po powrocie do kraju?

[00.15.40] Barbara Paciorkiewicz 
Po powrocie do kraju to byłam bardzo nieszczęśliwa. Byłam ciągle Bärbel Rossman, dziewczynką, która ma rodziców Lemgo. No i oczywiście byłam tą szwabką albo Hitlerówą. Zimą jak szłam do szkoły, to był zawsze napad na Hitlera takimi kulkami ze śniegu. Ja nie miałam za złe tym dzieciom. No bo przyjechałam jako Bärbel Rossmann. A co to? Przecież nie wiedziałam, co to znaczy być Niemką. Tak.

[00.16.18] Muzeum
Nie rozumiała Pani jeszcze wtedy tego mając 10 lat po powrocie do Polski?

[00.16.24] Barbara Paciorkiewicz 
Absolutnie tak.

[00.16.25] Muzeum 
Czyli przyjęła Pani to jako taką przykrą normę, że ja jestem Niemką w polskiej szkole, więc tak mnie traktują, bo taka jest obyczajowość, takie jest zło po tej wojnie?

[00.16.37] Barbara Paciorkiewicz 
Absolutnie. Ja miałam 10 lat i byłam strasznie dziecinna i naiwna. Ja nie wiedziałam, że na przykład, że ludzie ubierają choinkę. To tak było, że ja musiałam szybko dorosnąć. Moja ciocia, to była siostra mojej mamy, która też była w obozie pracy i tam poznała swojego męża, się pobrali, i wtedy kiedy mnie znaleziono, bo babcia starała się przez Czerwony Krzyż, żeby mnie poszukać, to umówiła się z tą swoją córką, że: „no byłaś w obozie, byłaś w Niemczech, to znasz trochę niemieckiego, a ja w ogóle jak ja mam się dogadać z tym dzieckiem?”. No i tak było, że trafiłam do Gdańska. Po pierwsze, strasznie mnie śmieszył ten język i sobie pomyślałam, nigdy tak nie będę
mówiła.

[00.17.40] Muzeum 
Mówi Pani o polskim oczywiście?

[00.14.42] Barbara Paciorkiewicz 
O polskim. Po drugie - były same gruzy w Gdańsku. Ciocia miała dwoje małych dzieci. Jedno miało dwa latka niecałe, drugie pięć. Ja poszłam do szkoły, miałam pójść do czwartej klasy, dano mnie do pierwszej, no bo ja w ogóle nic nie mówiłam, a na dodatek też nie chciałam w ogóle, no bo dla mnie to to, no co to było w ogóle no coś, żeby ktoś się mną zajął albo jak… ale nie musiałam dorosnąć szybko, żeby się opiekować dziećmi, żeby przez te gruzy lecieć po mleko. Potem zawsze się spóźniłam do szkoły. No i właściwie wiem, że ciocia mnie ochrzciła, potem do komunii od razu. Ja w ogóle nic nie rozumiałam. To wszystko się działo ot tak. Ktoś mną kierował i kiedyś ciocia mówi: "Ubierzemy choinkę, chodź Barbara". Poza tym nazwano mnie Barbarą. Myliłam zawsze Barbarę z rabarbarem. Nigdy nie wiedziałam, czy rabarbar, czy Barbara. Nigdy nie wiedziałam, czy dwa bułki, czy dwie bułki. No to stałam w kolejce, kupiłam jedną bułkę, potem szłam na koniec, kupiłam drugą bułkę. No ciotka potem pomstowała, gdzie ja tak długo byłam. No to były takie historie. No i kiedyś ciocia mówi: "Chodź Barbara, ubierzemy choinkę". Jak to? Ludzie ubierają choinkę? Dla mnie to zawsze była niespodzianka! Nigdy nie widziałam, żeby ktoś przyniósł jakąś choinkę do domu. Musiałam zawsze w kuchni z babcią grzecznie siedzieć i poza tym, zupełnie inne to życie było, inne zwyczaje.

[00.19.42] Muzeum
A tu nagle choinkę się ubiera!

[00.19.44] Barbara Paciorkiewicz 
No, a tutaj raptem choinkę trzeba ubrać. No dobrze, tam jakoś to było, wiem, że były małe jabłuszka, orzeszki, nie było żadnych bombek, bo to po wojnie pewnie w ogóle takich rzeczy nie było. Ten Gdańsk był tak zrujnowany, że w domu ani wody nie było, więc ja byłam też do noszenia wody na pierwsze piętro z podwórka. No takie były trudne czasy, do których ja musiałam się przyzwyczaić. Tym bardziej, że z tego piękna… Jak porównałam to piękne Lemgo i ten piękny dom, w którym mieszkałam, a to był dom taki na poziomie, a tutaj wszystko takie jakieś… W jednym pokoju wszyscy spali, to dla mnie było zupełnie coś innego. No i była Wigilia i przyszedł Mikołaj. Ja zawsze, to znaczy jak była wigilia, to słyszałam dzwoneczek taki, że można wejść do pokoju, to zawsze pierwsza leciałam, bo chciałam zobaczyć tego Mikołaja. A mówiono mi, że Mikołaj do niegrzecznych dzieci to przychodzi zawsze tylko z rózgą. No i taka byłam. No tak to wiedziałam. Tak. No i raptem w Wigilię przychodzi Mikołaj ubrany. No okazało się, że to był sąsiad, który się przebrał i przyszedł do dzieci. Moje kuzyneczki szybko uklękły. Ta starsza mówiła pacierz, bo ta mała przecież była za mała, żeby mówić pacierz. No i teraz kolej na mnie. No to ja zaczynam: „Vater unser...”. „Po polsku! Po polsku!”. No jak to po polsku? Nikt mnie tego nie nauczył. Tak. No i dostałam tą rózgą od Mikołaja. To nie było jakieś tam, no jak to się tak czasem rózgą dziecko, ale dla mnie to było coś okropnego. Od razu wiedziałam, że ja to ta niegrzeczna, do której Mikołaj z rózgą przychodzi i w ogóle strasznie to przeżywałam. A na dodatek nie było żadnych prezentów, nie paliły się żadne świeczki, nikt jakiejś Ewangelii nawet nie przeczytał, nie mówił, nikt nie śpiewał, wszystko takie było inne. No, to były moje pierwsze święta. No i po dwóch latach przyjechała babcia z Łodzi, poszła do szkoły i się dowiedziała, że ja się spóźniam do szkoły, że tam nic nie wiem, no w każdym razie coś było nie tak. Pewnie się pokłóciła ze swoją córką i zabrała mnie do Łodzi. Łódź to dla mnie było miasto fabryk i dymiących kominów. Wysokie jak tutaj mieszkanie, gdzie babcia mieszkała w takim mieszkaniu, w takiej kamienicy czynszowej, gdzie były dwa pokoje z kuchnią i łazienka. To był taki głód mieszkaniowy po po wojnie, więc w tym mieszkaniu mieszkały trzy rodziny. Moja babcia miała jeden pokój z balkonem. Było okno i balkon. Kuchnia, to tam jakaś Pani mieszkała i w następnym pokoju, gdzie tę łazienkę przerobili na kuchnię. Mieszkało takie małżeństwo w wieku babci. No i to była Łódź, i te rynsztoki cuchnące - to dla mnie wszystko było. Poza tym, też wody nie było. Nosiło się z podwórka, wylewało się. No, była w tym mieszkaniu toaleta, no to tam się wylewało, ale wodę się nosiło z podwórka. No jak to po wojnie. Tak. Babcia nigdy nie pracowała. W Gdyni, gdzie się urodziłam, dziadek miał swoją stolarnię i czeladników. Dobrze im się wiodło, bo Gdynia to było miasto, które się dopiero budowało. Budowali port, więc taki stolarz to wyposażał wszystkie sklepy i tam babcia nigdy nie pracowała. Miała bardzo dużo dzieci. Po wojnie wróciło... To znaczy, jak Niemcy wkroczyli do Gdyni, to wszystkich Polaków rzucali albo zabierali na roboty i babcia złapała mnie, jeszcze syna, wnuczka po synie i przyjechała do Łodzi, bo tu w Łodzi miała siostrę. Ale Łódź to już była zajęta przez Niemców- Litzmannstadt. No i tutaj nastąpiły te właśnie badania rasowe na Piotrkowskiej 113. No i babcia dostała powiadomienie, że proszę się wstawić z wnuczką na badania. Nie myśląc nic złego, poszła babcia ze mną na Piotrkowską 113 do laboratorium i powiedziano jej, że to dziecko wymaga dalszych badań i mówią: „Może Pani to dziecko odebrać” na jakieś tam ulicy, to znaczy dzisiejszej Przędzalnianej. Ona wtedy się inaczej nazywała. Tam był polski dom dziecka i po wojnie też tam był dom dziecka. Miała mnie tam odebrać. No i tak jak mi babcia potem opowiadała, że poszła, żeby mnie odebrać. No i właściwie nie mogła się ze mną w ogóle spotkać. Tylko była jakaś przerwa, dzieci były na podwórku i babcia podobno kiwnęła na mnie, żebym ja podeszła i podobno podeszłam i powiedziałam coś po niemiecku – zamiast „tak” powiedziałam „ja”. Czyli już trzeba było tam widocznie, już mówiono, jak mam odpowiadać. No i powiedziano, żeby babcia przyszła jutro. No ale jutro to już mnie gdzie indziej przekazali. Tak że babcia mnie zgubiła. W tych wszystkich dokumentach to jest, że ja jeszcze byłam dwa miesiące w Łodzi. No, ale babcia już nie wiedziała o tym.

[00.26.51] Muzeum 
Babcia nie zgubiła, ale tak naprawdę babcia szukała i nie mogła znaleźć, ponieważ Pani była już ukrywana.

[00.26.58] Barbara Paciorkiewicz 
Babcia później opowiadała jak mnie zabrała. Ja już wtedy no po dwóch latach, dwa lata byłam w Gdańsku. Tak że później do tej Łodzi, no to już znałam trochę polskiego i babcia… No byłam ciekawa, pytałam babcię i babcia opowiadała mi o rodzinie, ale właściwie to nigdy do końca wszystkiego się nie dowiedziałam. Po latach różne rzeczy zawsze się dowiadywałam. Tak że babcia to był taki okres, gdzie się wszyscy nad tym dzieckiem litowali. No i a to byłam u jednej ciotki, a to byłam u drugiej ciotki. Właściwie to nie były ciotki, to nie była żadna rodzina, tylko to się tak mówiło „ciocia”. Jakaś tam znajoma to była ciocia albo wujek. No i raz właśnie taki wujek przyszedł, powiedział, że cudzych bachorów nie będzie chował, pijany oczywiście. No i znów odstawił mnie kuferkiem do babci. Ten kuferek to dostałam w Katowicach, bo się okazało, że jak dzieci przyjechały, to miały bardzo ładne rzeczy, bo na przykład jak mnie od Rossmanów zabrali do tego w pałacyku czy co to był jakiś dom, gdzie uczyłyśmy się angielskiego, gdzie mówiono, że mamy jechać za ocean no to tam chodziłyśmy do takiego magazynu UNRA, wybierałyśmy takie sukieneczki, amerykańskie lakierki. Tak że te dzieci, które wracały, no może akurat nie, może ja akurat tak też wracałam, bo to różnie przecież dzieci wracały, różne historie tych dzieci germanizowanych były. No i kazano oddać bagaż do magazynu. Oczywiście, te bagaże nie wróciły do tych dzieci. Wujek dostał taki drewniany kuferek szwajcarski. Zachował się taki dokument, gdzie właśnie jest napisane o tym kuferku szwajcarskim drewnianym. No i ten wujek mnie wtedy odstawił znowuż do babci. Tak. No to ja to bardzo przeżywałam. No na przykład jak ciocia jakaś tam dała takie pocerowane majtki, które na mnie były za duże, to ja się krępowałam. No i babcia no nie miała innego wyjścia. Poszła ze mną do widocznie do jakiegoś zakładu socjalnego, czy… W każdym razie - zaproponowano dom dziecka. Ja już miałam 13 lat, no więc uważałam, że lepiej do tego takiego domu dziecka, niż tak się poniewierać od jednego do drugiego, i być takim niechcianym dzieckiem właściwie. Poza tym długo miałam ten akcent niemiecki, to też dzieci mnie przedrzeźniały. No, w każdym razie szczęśliwym dzieckiem być nie mogłam.

[00.30.31] Muzeum 
A jeszcze wrócę, Pani Barbaro, do kwestii języka, bo to jest dosyć ciekawe. Język to jest coś, co nam stwarza świat. Budujemy frazy, budujemy zdania, dobieramy słowa i tymi słowami stwarzamy pewną rzeczywistość. Albo uprzejmą, albo niedobrą. Słowa są bardzo ważne. Czy da się określić, kiedy po wojnie zaczęła pani na powrót perfekcyjnie mówić i myśleć po polsku?  Który to był moment? Ile Pani miała lat, kiedy Pani po prostu zaczęła mówić po polsku tak jak dzisiaj?

[00.31.04] Barbara Paciorkiewicz 
No to już byłam w domu dziecka, kiedy chodziłam do szkoły. Uczyłam się historii, dowiadywałam się co Niemcy zrobili. Zresztą wujek się bardzo troszczył o te dzieci. Właściwie wujek ze mną pojechał na przykład do Sztutowa, Stutthof, pod Gdańskiem. Pokazał mi ten obóz. Widziałam piece, w których się ludzie, gdzie wujek pokazywał, że zostali spaleni. Takie niektóre wyrazy po niemiecku umiał, to powiedział. Widziałam stos butów dziecięcych, zabawek. Dla mnie to było wszystko… no jakoś ja nie mogłam w to uwierzyć. Jak to? Przecież ja jestem Niemką. Przyjechałam z Niemiec. Tam są moi rodzice. Co oni mi tutaj? Nie mogłam w ogóle w to uwierzyć. To dla mnie było nie do pojęcia.

[00.32.14] Muzeum
Czyli rodzina próbowała pani tę sytuację wytłumaczyć, jakoś pokazać, uzmysłowić?

[00.32.19] Barbara Paciorkiewicz
Na pewno tak. Tak, szczególnie wujek. No, wujek też popłynął ze mną statkiem na Westerplatte, pokazał, gdzie to się zaczęła, ta wojna, jak to było. Dla mnie to wszystko było nie do pomyślenia. No i poza tym, cały czas ta straszna tęsknota do tych rodziców, tak? Którzy mnie kochali.

[00.32.44] Muzeum
A czy ten niemiecki w pani przetrwał? Czy dzisiaj pani płynnie mówi w języku niemieckim?

[00:32:53.00] Barbara Paciorkiewicz
No ja mogę się, jeżeli chodzi o jakieś historie, takie opowiadanie, to nie, ale mogę się komunikować. To znaczy ja ten niemiecki kompletnie zapomniałam. Tak kompletnie, bo też chciałam być tą dobrą Polką z czasem przecież uczyłam się historii w tym domu dziecka, prawda? To też było wszystko inne. Ja wychowywałam się w rodzinie ewangelików, ewangelickiej, to znaczy zupełnie inne zwyczaje w tym domu były. Zupełnie jakoś tak inaczej chodziłam na mszę specjalnie dla dzieci. A tutaj no raptem stałam się katoliczką, zostałam ochrzczona po katolicku. W domu dziecka do kościoła nie wolno było chodzić. Organizowało się różne wieczorki literackie na przykład. No i taka byłam pogubiona i właściwie… no ale wyszłam za mąż, co nigdy nie chciałam wyjść za mąż. Brałam ślub katolicki, dzieci ochrzciłam po katolicku.

[00:34:13] Muzeum 
A ta tęsknota za rodzicami w Lemgo, ona kiedyś się wypełniła, bo trafiła Pani tam z powrotem pod tamten dach. Okazało się, że oni cały czas również o pani myślą. Jak to było Pani Barbaro, jakie było to spotkanie po latach?

[00.34.28] Barbara Paciorkiewicz
To znaczy ja byłam w domu dziecka. Ten dom dziecka no to już było dla mnie to była wielka kara. Na przykład mam koleżankę jeszcze z domu dziecka, która zupełnie ma inne wspomnienia z tego domu dziecka jak ja i zawsze mówi: "Basia, a jak ty pięknie tańczyłaś, a jak ci pokazywali, a jak to, a jak to ja mówię: "Bożena daj mi święty spokój". Ja mam zupełnie inne wspomnienia z tego domu dziecka.

[00:34:58] Muzeum
A nie mówiła Basia jak ty ładnie rysowałaś. 

[00.35.00] Barbara Paciorkiewicz
Ale ja wyszłam z takiego domu, ale z takiego domu, z jakiego wyszłam, gdzie byłam wychowana, prawda, u tych Rosmannów. Ta moja koleżanka, mama zmarła, wychowała ją babcia, potem babcia zmarła, wziął wujek, wujek się ożenił, no i ta kobieta nie chciała tych dziewczynek, taką im opinię zrobiła i w ogóle biła. Chyba też, że one były szczęśliwe, jak trafiły do domu.

[00.35.28] Muzeum
Zupełnie inna sytuacja.

[00:35:29] Barbara Paciorkiewicz
Dla mnie dom dziecka to była wielka kara. Tak. No i cały czas jednak ta tęsknota. Ja nie miałam żadnej, żadnego kontaktu. Początkowo to ja, to znaczy jak byłam w tym obozie, co to przygotowywali tą ten pociąg PCK do Polski, to te dzieci nocowały w szpitalu takim w takim baraku, a naprzeciwko była policja. A to ja tam poszłam, pamiętałam numer telefonu, zadzwoniłam do domu, powiedziałam gdzie jestem, bo się dowiedziałam, że ten Augustow, ta miejscowość tak się nazywała, jest bardzo blisko Lemgo. No i faktycznie w niedzielę przyjechała ta moja „Mutti” i tak strasznie płakała. A ja powiedziałam wtedy: "Nie płacz, ja wrócę i przywiozę wam kiełbasy." Taka byłam, no 10 lat miałam, tak, taka byłam dziecinna. Kojarzyłam sobie to, że w czasie wojny ten przybrany tata jechał na na rowerze na wieś i przywoził stamtąd jakieś mięso, jakąś kiełbasę i zawsze była taka mała „Leberwurst”. I ja teraz wyjeżdżam pierwszy raz z tego domu. Właściwie się cieszyłam, że wyjeżdżam. No bo to jakaś wycieczka. No przecież mam rodziców, wrócę.

[00:37:02] Muzeum 
Przygodę.

[00:37:03] Barbara Paciorkiewicz
I powiedziałam, że przywiozę wam kiełbasę. I to było nasze ostatnie widzenie. Ostatnie w ogóle tak, czego ja sobie nie zdawałam sprawy z tego. No i kiedyś moja babcia pojechała do Gdańska do swojej córki, do swoich wnucząt i przywiozła list z polskiego czerwonego Krzyża. Czyli Rossmanowie pisali do polskiego Czerwonego Krzyża, że wychowali przez tyle przez taki i taki okres dziecko i bardzo to dziecko właśnie wróciło do rodziny, że bardzo chcieliby wiedzieć jak się, może coś potrzeba. No a ciocia to chowała, czyli Czerwony Krzyż powiadomił ciocię. Ja mam te dokumenty właśnie to wszystko będzie w książce i właśnie z tego czerwonego krzyża. No i babcia to przywiozła i mówi: "Basia, napisz". A ja już wtedy po niemiecku nie umiałam, bo chciałam być dobrą Polką. Tak mnie przyżeniało, więc starałam się. Taki piesek Morusek był, to już o tym opowiadałyśmy, o tym Morusku. To r, żeby zgubić. No i po prostu chciałam być tą dobrą Polką i ten niemiecki w ogóle, no potem człowiek dorosły to już inaczej myśli, już to jest historia. Także to, ale ja nigdy to, że byłam w Niemczech w tej rodzinie, nigdy nie kojarzyłam to z rabunkiem dzieci. O germanizacji się w ogóle nie mówiło, prawda? Poza tym w ogóle ludzie nie mówili nic o swoim przeżyciu w czasie wojny. To dopiero tak pod koniec lat 80 zaczęło się, prawda, że się jak się zmieniły w ogóle warunki, zmieniła się w ogóle i wtedy powstawały różne zrzeszenia. No i takie dwie właśnie kobiety spotkały się na ulicy i patrzyły na siebie i mówiły: "Skąd my się znamy?". No okazuje się, że razem były w jakimś tam Lebensborn, no i miały znajomości. Potem był anons w gazecie, ja to przeczytałam, mówię: "No zobaczę co to jest". Poszłam, no poszłam i po dwóch latach zostałam wybrana. Jednak byłam też najmłodsza z nich, tak, bo były wszystkie trochę starsze. Dzisiaj niestety ostatnio zmarł Krystyna Lesiecka i Bukorzycki Janusz zmarł i to wszyscy. Ja jedna zostałam.

[00:40:11] Muzeum
Najmłodsza.

[00:40:13] Barbara Paciorkiewicz
Najmłodsza. Tak.

[00:40:24] Muzeum
Mijały lata, nauczyła się Pani pięknie rysować, była Pani już osadzona w swoim życiu dorosłym i wtedy nastąpił powrót, przyjazd do Lemgo. Jak Pani wówczas została tam przyjęta? Jak Pani sama odczuła tę wizytę w domu, w którym spędziła Pani tak wiele bardzo dobrych momentów? I kiedy to nastąpiło? Jaki to był moment w Pani życiu? 

[00:40:55] Barbara Paciorkiewicz
Kiedy babcia powiedziała: "Napisz", a ja już…

[00.40.58] Muzeum
Już nie umiałam.

[00:40:59] Barbara Paciorkiewicz
Nie umiałam. No ale był taki moment też przykry w tym domu dziecka, gdzie znów myślałam zawsze o nich myślałam, szczególnie jak święta przychodziły. No i napisałam, napisałam po polsku i ta moja przybrana mama Marisien Rossman znalazła kogoś, kto przetłumaczył. I tak rozpoczęła się nasza korespondencja. I co roku przychodziły jakieś zaproszenia, ale wyjechać na zachód wówczas, w ogóle mieć rodzinę na zachodzie albo kogoś znajomego, to było źle widziane. Tak. No i właściwie za każdym razem dostałam odmowę. W końcu już zrezygnowałam, że już nic z tego nie będzie. No i raptem miałam parę wizyt w domu, ciągle te same pytania zadawali i ja mówię: "No dlaczego?" No w każdym bądź razie dostałam zezwolenie na wyjazd, ale to zezwolenie to było no tak, tak chyba przygotowywanie wyjazdu na zachód, tak? No i i jechałam z wielką obawą zresztą na ten zachód. Przyjechałam, to oczywiście był jeden wielki lament, wszyscy płakali i najgorszy, że nie wiem, mi się wydawało, że ja ich rozumiałam, ale ja nie potrafiłam nic powiedzieć. No i to dostałam zezwolenie na trzy miesiące. Czułam się jak biedna mysz kościelna. To była, to był adwent. Miasteczko tak piękne, takie piękne kamienice, wszystko oświetlone. To tak właściwie jak u nas dzisiaj jest. A u nas ta szara łódź, ciemno, to była taka niesamowita różnica. Aż nie mogłam zrozumieć, że, tak się różnią te miasta od siebie. No i bardzo byłam zgubiona. Ludzie, sąsiedzi :„Ahh, die kleine Bärbel ist wieder da. Ahh, wie schön“. Każdy mnie witał. Każdy jakieś prezenty dawał i no ja czułam się no.. przecież byłam dorosła. 

[00:43:52] Muzeum
To by właśnie ile Pani wtedy miała lat? Który to był rok?

[00:43:56] Barbara Paciorkiewicz 
66. 20 parę lat miałam. No 28 chyba.

[00:44:05] Muzeum
28. Tak

[00:44:06] Barbara Paciorkiewicz
No w każdym bądź razie dorosły człowiek, który ma no swój pogląd na życie, ma swój dom już tak i tutaj raptem tak no taka mała Bärbel co wróciła. Tak. A ja cały czas zapłakana też nie mogłam, nie mogłam. No też wiedziałam, że nie mam grosza przy duszy, bo przecież skąd miałam mieć tak jakieś tam marki czy tam coś i bardzo źle się czułam. No ale wszyscy właściwie wszyscy się cieszyli, że wróciłam. No i ta moja przybrana mama przede wszystkim chciała, żebym została. No ale ja mówiłam, że ja dostałam tylko zezwolenie na trzy miesiące i muszę wracać. Na to ten mój przybrany ojciec starał się o przedłużenie. Także w końcu byłam pół roku w Niemczech. Oczywiście język wrócił. Tak. No nie taki, bo przecież nie dyskutowałam z nikim. No ale potrafiłam się już porozumieć, potrafiłam rozmawiać. Poza tym no pomagałam tej mojej tej mojej przybranej mamy ale potrzebowałam coś robić. No nie mogłam korzystać. No oni mnie w żywią. I też no zmieniła się pora roku, musiałam coś innego mieć do ubrania. No to wszystko było dla mnie bardzo trudne. No i w końcu pół roku byłam, ale musiałam coś robić, ponieważ no mówiłam jaki jest mój zawód. I ten starszy syn właśnie miał znajomego, który miał drukarnię tkanin dekoracyjnych. No i powiedział, jeżeli chce to proszę bardzo, może przyjść i no popracować. Ale to była taka praca, nie zaangażowana, nie opłacana, tylko po prostu przyjemność jak mam, to proszę bardzo. No i chodziłam z przyjemnością, zaprzyjaźniłam się z tą projektantką, tam była tylko jedna projektantka. No i rysowałyśmy, zaprzyjaźniłyśmy się i w końcu ona mówi, bo też cały czas Bärbel na mnie mówi: "Słuchaj, przedstaw komisji te swoje wzory". Ja mówię: "Nie, no co to ja to tak wiesz?" No, ale przyszedł taki kolorysta, który się zainteresował tymi wzorami i wziął te wzory. I ja wtedy całą noc nie spałam, strasznie to przeżywałam. Mówię tak: "Boże, to jest zachód, zupełnie inny świat, a może tak powiedzą, co to tamta Polka, co ona tam potrafi?" Tak właściwie my to jesteśmy tacy…tak nie wierzymy, przynajmniej ja nie wierzyłam nigdy w swoje możliwości i teraz miałam taki dylemat, że ja przecież taką projektantką nie byłam, ale no projektowałam te wzory, ale nie kończyłam ani Akademii  Sztuk Plastycznych, ani tylko po prostu taką miałam pracę, prawda, że mi to wychodziło, że byłam doceniana, ale tu na zachodzie taki świat.  
  

[0:47:52] Barbara Paciorkiewicz
No i proszę sobie wyobrazić, po tygodniu przychodzi właściciel i mówi: "Ach, Frau Rossman, jaką macie zdolną córkę! Tyle i tyle metrów zostało wydrukowanych, tyle i tyle zamówionych, więc ja zupełnie zdębiałam, tak nie wierzyłam wcale. No i położył też jakieś pieniądze. Ja nawet nie pamiętam, ile tych wzorów było i jakie to były pieniądze. Wiem, że te pieniądze potem chciałam przy obiedzie przekazać rodzicom. Przecież pół roku prawie mija, a ja no nic z siebie nie daje. No więc byłam, uważałam.
Ale ten przybrany ojciec mówi tak: "Moje dziecko, to są twoje pieniądze, to jest twoja praca, to my do tego nic, no jak to jest twoja, to są twoje pieniądze i absolutnie nie ma mowy, żebyśmy te pieniądze wzięły.
No to ja każdemu jakiś prezent kupiłam, bo czułam się jakoś tak, że coś z siebie muszę też dać. Wszystko dostawałam, więc coś z siebie musiałam też dać. Ale to wtedy ta noc mi powiedziała, że jesteś Polką. 
I ta Polska coś dla mnie znaczyła. Tak.
No i wróciłam. Mimo wszystko, mimo próśb, mimo uważałam, że to ta moja walka w okresie dorastania, to żeby być akceptowaną, to żeby coś, coś z siebie dać, coś poza tym to, co zdobyłam, może niewiele, ale co sama do czegoś doszłam, to było ważniejsze, jak wejść w czyś dom.

[0:50:29] Muzeum
Pani Basiu, jakie organizacje współcześnie pilnują tematu Geraubte Kinder? 
Tak, jak Pani widzi, jak Pani w ogóle widzi współpracę Niemców z Polakami w kontekście dzieci zrabowanych na zniemczenie? Czy Niemcy rozumieją dzisiaj rozmiar i charakter tej krzywdy jako ideologię II Rzeszy?
Także kiedy rozmawiamy tu w Muzeum Dzieci Polskich - ofiar totalitaryzmu de facto z młodzieżą niemiecką to mamy wrażenie, że to właśnie germanizacja i te liczby, które podajemy robią na niej największe wrażenie obecnie. Tworzą refleksje, jakiś rodzaj niepokoju. Takie pytania widzimy na twarzach. Czy przypadkiem moja babcia, mój dziadek to byli Niemcy, czy może jest tak jak mogę podejrzewać po spotkaniu tutaj w Łodzi, w tym muzeum. Jak Pani to widzi i czy są takie organizacje, które obecnie rzeczywiście jaskrawo, stabilnie, mądrze pilnują tego tematu i czy Niemcy o tym rozmawiają?

[0:51:32] Barbara Paciorkiewicz
Ja właściwie ubolewam, że po 80 latach w ogóle ta historia jakoś tak jest takie duże zainteresowanie nie tylko w Polsce, ale w ogóle na świecie. Tak.
Kiedy ja zostałam tym prezesem i przez 12 lat ciągle byłam tą osobą, która no prowadziła to stowarzyszenie, ale ja uważałam, że ja byłam dzieckiem szczęścia, że trafiłam do takiej rodziny, że miałam takie warunki, poznałam inne historie germanizacji, ponieważ jak mówiłam, chciałam być tą dobrą Polką, więc zależało mi na tym, żeby tą historię przekazywać i bardzo się starałam i właściwie ta historia stała się też znana. To nie tylko to nasze zrzeszenie, tylko powstawały inne związki, prawda, tam sybiraków i tam inne kombatantów.
Ja w ogóle bardzo dużo społecznie pracowałam i robiłam bardzo dużo dla tych, którzy mają małą emeryturę, bo z tych dzieci germanizowanych to były też osoby, które nie mogły się odnaleźć, że zostały samotne, że no różne były historie przykre, tak. Więc ja zawsze uważałam, no nawet czasem to tak było, że ja właściwie o swojej historii mało mówiłam, bo zawsze mówiłam ogólnie o germanizacji, o tym jak te dzieci przeżywały całą historię. Przecież o sobie właściwie nigdy nie mówiłam, a jak już coś powiedziałam, no to niektórzy uważali, no jak ty będziesz mówiła, że masz tak dobrze, to my już w ogóle nic nie dostaniemy.
To nie było tak. Były na przykład zrzeszenia kombatantów. No wiadomo, taki kombatant to zupełnie inna historia. To to było takie, ja nawet się postarałam, że te dzieci dostały kombatanctwo, ale to właściwie były osoby represjonowane, prawda, a nie kombatanci, ale dostaliśmy kombatanctwo dzięki właśnie tej współpracy z kombatantami, z  fundacją niemiecko-polską. Poza tym były też różne osoby, na przykład z Austrii, były dwie panie, które pisały pracę doktorską : Ines Hopfer i Elizabeth Merker.
A pani Elizabeth Merkel to nawet się postarała, że te dzieci, które były w Austrii, bo Niemcy tak robili nawet jak na przykład Alodia Witaszek, ona miała siostrę, jak przyszła ta Niemka, żeby ją adoptować to ona chciała też wziąć, bo wiedziała, że to jest siostra, chciała je obie wziąć, ale Niemcy tak zrobili, że jedną dali do Austrii, żeby nie miały w ogóle żadnego kontaktu w przyszłości państwach. Takyście [niewyraźne] tak.
Także ta Elizabeth Merker to ona nawet tak się postarała, że te dzieci germanizowane w Austrii dostały jakieś takie, trudno to nazwać odszkodowanie, jakieś zadość uczynienie powiedzmy za to, że no że miały taki los, że były zabrane od rodziców, czego Niemcy nie zrobili. Tak. I potem w tym zrzeszeniu moim to tak było. No tak, byłyśmy razem na przykład w Połczynie albo razem tam w jakimś innym w Monachium. Przecież te instytucje Lebensborn to było kilku, kilka było, tak, nie tylko w Połczynie. 

[0:56:04] Muzeum
Jest zainteresowanie tym tematem i w Niemczech i w Polsce, czyli ten temat ożył pod koniec lat 80 i trwa do dzisiaj dzięki takim ludziom jak Pani.

[0:56:10] Barbara Paciorkiewicz
No tak. No w każdym bądź razie to było. Więc przez to tu na pewno państwo macie tą książkę Ines Hopfer: ,,Geraubte Identität” tak skradziona tożsamość. Te dzieci germanizowane raptem wypłynęły, tak. Była też telewizja z Hiszpanii.  Kiedyś no do zrzeszenia się zgłaszały osoby. Poza tym ja sama się starałam, żeby ujawnić to. Robiłam jakieś sympozja, prawda? I poza tym tablicę założyłam.

[0:56:51] Muzeum
Właśnie Piotrkowska 113. To dzięki Pani ta tablica piękna jest przy…

[0:56:56] Barbara Paciorkiewicz
No tak. Ja to była konferencja w Kaliszu razem z dziećmi, które były w Kaliszu. I w moim zrzeszeniu były właśnie z Obornik, z Przemków, tam jeszcze z innych miast, bo to było takie zrzeszenie nie tylko z Łodzi, tylko z całej Polski byli członkowie.
 No i pojechaliśmy i tam w murze tego tych sióstr zakonnych, co dzieci były, co był ten Gau Kinderheim, na murze była taka piękna płaskorzeźba.
No i mnie się to spodobało i tak sobie pomyślałam, no zbliża się dziesięciolecie naszego zrzeszenia, dobrze by było, no jakieś medale albo coś. No i pojechałam do tego, no później po jakimś czasie wróciłam i szykowaliśmy się do zorganizowania dziesięciolecia powstania tego zrzeszenia.
No i ja pojechałam do Kalisza, rozmawiałam, znalazłam tego artystę, no i on zrobił medale i faktycznie było na to dziesięciolecie. 
Każdy dostał taki medal. On jest dwustronny. Z jednej strony jest dziesięciolecie zrzeszenia, z drugiej strony są te dzieci walczące tam z innymi kamieniami.
No to było takie sympozjum w Łodzi. Poprosiłam Pana Ryszarda Bonisławskiego. Wypożyczyłam jeszcze też autobus i Pan Ryszard obwodził po tych wszystkich tam po miejscach takich jak Sporna, jak Kowa czy Kopernika. No w każdym razie się starałam bardzo. Tak. I później jak już było koniec, już właściwie coraz mniej nas było i nie było już z kim w ogóle pracować. Tak.
Poza tym starałam się też, ale nie było żadnego dofinansowania. My składaliśmy składki, płaciliśmy i za te składki właściwie pisałam protokoły podania, zebrania, żeby powiadomić członków spoza Łodzi, bo nie mogli przyjechać, bo już różne były zdrowotne sprawy albo pieniężne jakieś. Też starałam się przez urząd do spraw kombatantów, ci co mieli bardzo małą emeryturę, no, ale ja już w końcu 12 lat tej pracy społecznej takiej, bo to i do Polskiej Unii ofiar Nazizmu należałam w Warszawie, jeździłam dwa razy w miesiącu do Warszawy. Wszystko za własne pieniądze.
No i w końcu doszliśmy do wniosku, że nie ma w ogóle z kim pracować, nie ma co, że rozwiążemy. 
No i wtedy pojechałam znowuż do Kalisza. Właściwie wtedy to już miałam telefon i kontaktowałam się z nim. No i każdy mówi: "No, no coś trzeba, żeby po nas coś zostało", tak. No to wówczas to był były te na Piotrkowskiej te takie kamienie z nazwiskami. Tak. Ja mówię, no to może taki właśnie zrzeszenia kamień na Piotrkowskiej.
A to ktoś powie: ,,No i będą po nas deptać”. No to ja już w ogóle zwątpiłam.
No i przyszło mi do głowy i mówię, wiecie co, Piotrkowska 113, tam zrobimy tablicę.
My mamy swoje, ja już wydałam tą książeczkę tutaj widzę właśnie taka biało-czerwona. To janczarowie XX wieku.
No to było na to dziesięciolecie wydane. No to mówię, my mamy te książeczki, mamy ordery, które były rozdane na to dziesięciolecie, a teraz mówię państwu zostawimy tą tablicę. No i pojechałam i faktycznie ten artysta zrobił sam tą tablicę, sam założył tą tablicę.
No i tak powstała ta tablica, żeby coś zostawić po sobie.

[1:01:49] Muzeum
Została, została. Mijam ją za każdym razem o Pani myślę, patrząc na tę fasadę Piotrkowskiej 113 z wielką czułością o Pani myślę i o was wszystkich dzieciach zrabowanych. 
To była Pani praca społeczna, Pani Barbaro.

[1:02:01] Barbara Paciorkiewicz 
To wszystko była praca społeczna. 

[1:02:10] Muzeum
A Pani praca zawodowa? Koleżanka z domu dziecka mówiła: "Basiu, jak ty ładnie tańczyłaś", ale ja myślę, że jeszcze powinna dodać: Basiu, jak ty ładnie rysowałaś, bo te manualne Pani zdolności okazały się kluczem do zawodu, do dużej części Pani życia prywatnego. Kim Pani jest zawodu? Czym Pani wypełniła to swoje? 

[1:02:30] Barbara Paciorkiewicz
Jest taka historia, której ja właściwie nie poznałam, bo moja mama jest w domu Kossak i podobno to jest od Kossaka, jakaś tam gałąź odchodzi, tak że tych Kossaków było bardzo dużo, tak, ale ja nie wiem, nigdy do tego nigdy się nie starałam o to, żeby się dowiedzieć.
Miałam przecież siostrę, która no w ogóle jesteśmy odmienne, to znaczy byłyśmy odmienne, bo 2 lata temu ją pochowałam. To ona była śniada, ciemna, ja byłam blondynka i zupełnie wewnętrznie i zewnętrznie byłyśmy inne. Nikt by nie powiedział, że to siostry.
No ale tak też nigdy nie byłyśmy razem. Babcie się podzieliły.
Moją siostrę wychowywała matka mojego ojca, a mnie no wychowywała właściwie bardzo krótko ta babcia Kossak. Tak.
I no nie wiem. Ja właściwie nigdy nie widziałam siebie zdolną do czegokolwiek, szczególnie do rysowania, ale w szkole zawsze miałam obowiązek prowadzenia gazetki szkolnej, jak to było, albo jak coś takiego trzeba było tam, no to zawsze ja to robiłam.
No i a właściwie w tym domu dziecka był balet i ten balet na wysokim poziomie. Choreografka prowadziła i brałyśmy udział w różnych konkursach, byłyśmy nagradzane, ale ten zespół finansował, dworzec Łódź Kaliska, czyli kolejarze. 
Tak, oni mieli swoją świetlicę obok dworca, a ten dom dziecka był na Karolewskiej 51, bardzo blisko, na rogu Towarowej i Karolewskiej. 
Tam teraz jest komfort w tym miejscu, nie ma już tego domu. 
No i chodziliśmy do świetlicy do Kolejarzy i był tam kolejarze mieli jeszcze chór piękny i bardzo często właśnie były takie wyjazdy. My tańczyłyśmy, chór śpiewał i to takie były w takich domach wczasowych, jak to kiedyś było.
No i za to, za te pieniądze były szyte piękne stroje i no i tak ten. I ja właściwie się wyżywałam w tych tańcach, bo wtedy zapominałam o tych moich o tej mojej rodzinie w Lemgo i właściwie no lubiłam tańczyć i dobrze tańczyłam.
No ale była taka wychowawczyni, która powiedziała: "Basiu, ty masz bardzo dużo zalet i bardzo dużo talentów, które powinnaś wykorzystać. Tańczyć to możesz jak jesteś młoda.” I zaprowadziła mnie do szkoły plastycznej na egzamin. Ja w ogóle nie wiedziałam, że to jest egzamin. Poszłam się przedstawić. Kazano mi tam pójść do tego. Patrzę, jest kilka osób, jest.
No i przeczytali. Pamiętam wiersz Staffa, który trzeba było narysować. Potem była martwa natura. No i później jakoś tak następnego dnia, no zostałam przyjęta. No to potem były egzaminy z innych przedmiotów i tak się stało, że to był taki okres, że trzeba było jeszcze najpierw do tych szkół artystycznych egzaminy były wcześniej, a egzaminy końcowe w szkole podstawowej były później.
No i jak ja już zostałam przyjęta do tej plastycznej, to w ogóle się nie przejmowałam. Mówię, ja już jestem tu, to po co ta szkoła podstawowa? I do egzaminu się w ogóle nie przygotowałam. I prawie, prawie tam coś było z matematyki, co może gdybym nie została przyjęta w tym liceum, to może bym w ogóle nie zdała tego egzaminu. Tak to było.

[1:07:28] Muzeum
Ale dobrze się stało, że zaczęła Pani profesjonalnie rysować.
Jest Pani przecież wzornikiem, prawda?  Rysuje Pani tkaniny. Jak coś ładnego widzimy na ulicy, to być może na kimś, to być może to jest wzór wymyślony i narysowany przez Panią Basię Paciorkiewicz.
Państwo tego nie widzicie, ale zapewniam, że za każdym razem, kiedy Pani Barbara Paciorkiewicz przychodzi do muzeum, jesteśmy wszyscy, cały zespół zachwyceni outfitem Pani Basi zawsze jest zupełnie niewiarygodny. Dla nas to jest po prostu ikona stylu.
Myślę, że każdy z pracowników to potwierdzi, z naszych znajomych. Ja za każdym razem po prostu uczę się jak się ubierać, jak dobierać dodatki, jak się czesać i właściwie wszystko, wszystko na ten temat, tak. I oczywiście nie przesadzajmy, oczywiście tak, tego się spodziewałam. 
Ale a propos plastyki, Pani Barbaro, nie mogę o to nie zapytać. Dom dziecka. Miała tam Pani poza Bożenką wspomnianą jeszcze jedną szczególną koleżankę.
W lutym 1951 w Łodzi umiera Katarzyna Kobro.

[1:08:33] Barbara Paciorkiewicz
Tak.

[1:08:35 ]Muzeum
 Jej córka, jej i Władysława Strzelińskiego, Nika, zwana Uką przez tatę trafia tam, gdzie Pani.
Jeżeli Pani może w kilku zdaniach opisać waszą przyjaźń, która trwa właściwie całe życie aż do odejścia. 

[1:08:52] Barbara Paciorkiewicz 
Ja jak przyszłam do tego domu dziecka to właściwie się nazywał dom dziewcząt imienia Marii Konopnickiej.
To nie mówiło się, że dom dziecka, bo to były sieroty wojenne. To nie takie domy dziecka, jak to dzisiaj są, tylko to były sieroty wojenne.
I ja byłam jedna z najmłodszych, także to już były starsze. Wszystkie chodziły do jakiejś. Chodziły dziewczyny do szkół zawodowych albo na kucharza, albo na fryzjerkę albo na krawcową albo no takie trzyletnie zawodowe, albo technika były takie gdzie, gdzie te dziewczyny chodziły.
No i potem przychodziły już coraz młodsze dziewczyny, ale jak ja przyszłam, to tak jakoś wpadłam na tą Nikę i z Niką się bardzo zaprzyjaźniłyśmy.
Nika miała różne pomysły, mnie też ich nie brakowało.
Stworzyłyśmy tak, zrobiłyśmy takie ramy, obiłyśmy gwoździami. Tonika się tam jakoś postarała o to i naciągnęłyśmy najpierw osnowę i potem tym wątkiem robiłyśmy takie kwadraty albo prostokątne i potem zszywałyśmy i takie bluzy robiłyśmy albo coś.
Ja jeszcze też farbowałam takie patentki. Miałyśmy brzydkie pończochy takie.
Farbowała mnie, co prawie było zabronione, ale zawsze tam jakaś dobra dusza się znalazła, która nam tam pozwoliła w nocy farbować te pończochy.
 Zawsze jakieś takie pomysły miałam, a to talerze miałyśmy na przykład plastikowe. No to ja zaczęłam malować te talerze, potem nam dowarło do jedzenia. No takie miałam różne pomysły. A to robiłam broszki, a to jakieś tam guziki robiłam takie. Miałam taką czarną budrysówkę i z takiej pasków skórzanych takie wielkie guziki czerwone zrobiłam. Miałam różne pomysły. 
No w niedzielę zawsze były jakieś takie literackie, takie spotkania literackie.
Pamiętam Pana Chrusielewskiego, Pana tam jeszcze innych różnych pisarzy, poetów.
No ja wtedy też miałam taki okres pisania wierszy. Ja nawet swój życiorys napisałam wierszem.
W każdym bądź razie dyrektorka zawsze tą Bożenkę i tą Basię stawiała w pierwszym rzędzie sadziła, a my chciałyśmy gdzieś z tyłu pod piecem, żeby się tam w międzyczasie czymś innym jeszcze zająć. 
No ale tak było, że to tak opowiadam, ja nie wiem, bo to ma być nagrane. No w każdym bądź razie weszła właśnie, z tym pisarzem, no i zobaczyła, że ktoś inny siedzi na tym miejscu, to zawołała tam tą Bożenkę i Basię do pierwszego rzędu.
No ale jak to jest, jak człowiek ma być poważny i ma się nie śmiać, to z byle czego się będzie śmiał. 
Ta moja Bożenka, ona zawsze coś opowiadała. Nigdy się sama nie śmiała z tego, tylko inni się śmieli. I tak mnie szturchała i pokazywała. 
Zobacz. No i temu pisarzowi wychodziły troczki od kalesonów z tego pod spodni. No to już wystarczyło. Tak, zaczęłyśmy się śmiać. Ja co prawda, no na wprost siedzę tak jak teraz z Panią, no jak tu się nie śmiać i dusiłam się i tego. I w końcu dyrektorka mówi: "No tak, Basiu, może się źle czujesz, może wyjdziesz". No to ja z tego skorzystałam i szybko wyszłam.
No i potem była straszna historia. W ogóle takie były rzeczy.
Zawołano mnie do kancelarii. Powiedziałam, ten charakter hitlerowski.
Usłyszałam od pedagoga. Ja, która starała się być dobrą Polką, zostałam znowuż tak zbesztana ten charakter hitlerowski, co ja już w ogóle wiedziałam, co to znaczy Hitler i w ogóle wojna. 
No. No i był taki. No w każdym bądź razie opuściłam ten dom dziecka, nie miałam dokąd, to poszłam do babci z powrotem. Tak.
No ale to już było, ja już kończyłam tą szkołę i dostałam ze szkoły. To kiedyś były nakaz pracy, zawsze był kiedyś tak dostałam pracę w teatrze Pinokio.
Zawsze marzyłam o tym, żeby do Akademii Sztuk Pięknej. No ale no niestety musiałam pracować, nie miałam innego wyjścia, ale potem moja koleżanka ze szkoły powiedziała: "Wiesz co, Basia, u nas jest wolny etat w rysowni może przyjdziesz do przemysłu. W przemyśle lepiej płacą jak w kulturze."
 No i przeszłam i 8 lat rysowałam dywany. No a potem co roku jeździliśmy na plener. Zawsze był jakiś tam profesor z Akademii Sztuk Pięknych z Warszawy. 
No i na plenerze poznałam plastyków Z Jedwabiu. Taki zakład pierwsza na Pabianickiej.
No i zaprzyjaźniłam się z taką Lolą, która była więźniarką w Ravensbrück, miała różne takie badania, była osobą samotną.
Mówi Basia, ja idę na emeryturę, może byś chciała na mój etat przyjść. No ale to była prasa bez dyscypliny, że nie musiałam codziennie jeździć, mogłam w domu te wzory rysować. No i się zgodziłam i mówię: "A ja jeszcze mam pół etatu w Milanówku." Po roku powiedziała, wiesz co, Basia jeszcze rezygnuje z Milanówka, to może weźmiesz ten Milanówek jeszcze. No i rysowałam dla Milanówka.
No to była moja praca zawodowa.

[1:16:27] Muzeum
No wspaniała. 
Pani Barbaro, ,,Dziecko Szczęścia”. Taki tytuł nadała Pani swojej książce. Czy to znaczy, że teraz, kiedy nadszedł czas pewnych podsumowań, uznaje Pani swoje życie za bardziej udane i interesujące niż trudne i zawiłe? 
Czy szczęście zdominowało mrok?

[1:16:54] Barbara Paciorkiewicz 
Dużo mi na to odpowiedzieć. Ja zawsze byłam osobą pełna kompleksu, pełna różnych obaw. Nigdy nie wierzyłam w swoje możliwości. Nawet jak ktoś tam no powiedział coś dobrego, to uważałam, że to tak z grzeczności. No nie wiem. Tak, tak mnie jakoś życie ukształtowało.
Byłam właściwie cały czas nieszczęśliwym człowiekiem i zawsze mówiłam, że nigdy za mąż nie wyjdzie, bo dla mnie rodzina to jest coś świętego.
No, ale w tym domu dziecka była pielęgniarka, która miała małego chłopca. Ten chłopiec no kręcił się po tym domu dziecka. Było 70 dziewcząt. Był nawet tak na początku, jak przyszłam do tego domu dziecka, to on był chodził jeszcze do przedszkola.
No to czasem odbierałam go z przedszkola, bo to przedszkole było na Kopernika, my tutaj na Karolewskiej, także blisko było. Czasem odbierałam go. No i taki chłopak, no czasem przychodził do mnie, potem do szkoły chodził, żeby coś tam mu narysować tam z tego i tak cały czas tak się interesował. 
 Ja to tak mówiłam. On się pałętał tak między tym. No i zawsze mówił: "Poczekaj na mnie, ja się z tobą ożenię".
No i ja to wzięłam za no w ogóle no stosu już nawet nie do pomyślenia. 8 lat młodszy ode mnie. Cały czas się jednak interesował. Potem jak ja wyszłam z tego domu to też się interesował. No i tak było, że ja nawet doradzałam mu jak się umawiał z dziewczynami na randkę i w ogóle. No taki był mój braciszek, taki, że tak powiem. 
Tak ten braciszek wyrósł na przystojnego mężczyznę. No i któregoś dnia roku mnie zaprosił na sylwestra do Moskwy. 

[1:19:38] Muzeum
Do tej Moskwy, tej dalekiej Moskwy. Do Moskwy.
Pod Łodzią też jest jedna Moskwa, ale dużo mniejsza od oryginału.

 [1:19:42] Barbara Paciorkiewicz 
To były takie, że to wtedy w PRL-u się jeździło albo do NRD, albo tam. 

[1:19:49] Muzeum
Albo w lewo, albo w prawo.

[1:19:54] Barbara Paciorkiewicz 
No w każdym bądź razie ja powiedziałam owszem, ja mogę pojechać, ale z tym, że będziemy płacić do spółki. Nie to, że ty mi tam będziesz fundował, tylko ja za siebie zapłacę. tego. No.
No i w tej Moskwie no był ten sylwester, potem byliśmy w teatrze na jeziorze Łabędzi, balet i w ogóle było bardzo sympatycznie.
No i w końcu było tak, że doszliśmy do wniosku, że właściwie trochę więcej nas łączy jak rodzeństwo, powiedzmy. Tak jak ja zawsze byłam tą siostrą, która go czasem broniła, bo ojciec był lekarzem wojskowym. 
I właściwie ta jego matka była pielęgniarką Niemką, która została wysłana do Lazaretu. Do Swinemünde, czyli do Świnoujścia, a on był pierwszym lekarzem wojskowym.
No i tam się poznali, tam się urodził mój mąż.

[1:21:08] Muzeum
Czyli już się wydało, że się Pani zgodziła.

[1:21:11] Barbara Paciorkiewicz 
No i tak to tak. Ojciec przyjeżdżał, był  lekarzem w Wieluniu. Na weekendy zawsze przyjeżdżał.

[1:21:26] Muzeum
I to był ten moment, kiedy przyszło do Pani szczęście. I tak właśnie nazywa się sama Pani dzisiaj dziecko szczęścia. Szczęścia było więcej, żeby tą miłością.

[1:21:39] Barbara Paciorkiewicz 
Taka byłam też. 
 No ale ten mój mąż 8 lat młodszy, ale był bardziej chyba dojrzały jak ja.
Poza tym ja już miałam lat 30, tak.  Był bardzo taki. No miałam takiego przyjaciela i takiego zawsze mówi bajka, stworzymy taki dom.
No to była taka moja ostoja. A on zawsze starał się, żebym ja uwierzyła w siebie, żebym myślała pozytywnie, a nie negatywnie, że jestem warta, że jestem potrzebna, że no taki prawdziwy przyjaciel.
Ja się zajmowałam tylko właściwie przeważnie swoją pracą zawodową tu czy tam, bo miałam trzy etaty. Potem jeszcze doszła praca. Takie były te cisielc [niewyraźnie].
To był początek, więc robiłam jeszcze wzory na te koszulki u prywaciarzy. Prywaciarze płacili więcej jak w zakładzie. No i tak się wiodło.
 No ale jak ja mówię, zawsze tak jak moje życie było raz na górze, raz na dole, ile razy się szczęście do mnie uśmiechnęło, szybko biało. Tak.
Urodziłam się jako dziecko chciane, lubiane, kochane. 
No miałam niecały rok, jak mama zmarła, potem wojna. Potem znalazłam się w takiej rodzinie, która mnie pokochała, która potem szukała mnie w Polsce przez Czerwony Krzyż.
No i w końcu z tej takiej niewiary, z tej takiej no mojego zachowania takiego pesymistka całe życie, nie wierzyłam w własne możliwości. 
No jakoś i rodzina się stworzyła i mam cudowne dzieci dzisiaj naprawdę.
Także, ale ile razy to szczęście się uśmiechnęło, szybko mijało. Tak.
A dzisiaj? Dzisiaj staram się przede wszystkim być osobą samodzielną.

[1:24:15] Muzeum 
Czyli samodzielność jest kluczem do dobrego samopoczucia.

[1:24:18] Barbara Paciorkiewicz 
No tak. Ale uważam, że ta starość może wynagrodziła mi to całe życie takie co byłam takim niechcianym dzieckiem i takim no co to mówić poniewieranym. Niby rodzina była, a właściwie, ale to tak jest, że dzieci wracały do swojej ojczyzny, do swoich rodzin i czuły się tam obco, obco, bo nie znały języka, nie znały tych ludzi, mimo że to była najbliższa rodzina.
Nawet do matki jak wróciły taka Halinka, która z Poznania, z tą Halinką to też była przygoda.
Dlatego jak mnie Rossmanowie wzięli, to ona też chciała. Ona była wdową. Mąż zginął w I wojnie światowej. Była wdową i też chciała mieć taką dziewczynkę. No i pojechała do Monachium do Lebensborn [niewyraźnie] bo nie przywiozła dziewczynkę i myśmy się bawiły razem, nic o sobie nie wiedziałyśmy. Ja byłam Rossman, ona była Firneke i po latach, po latach jak pojechałam po raz pierwszy, no i ta ja zawsze mówiłam Tante Schnecke, Schnecke to znaczy śliwkę.
No jak to teraz?

[1:26:02] Muzeum 
Ślimak.

[1:26:03] Barbara Paciorkiewicz 
Ślimak. Tante, Tante Schnecke, ażneke [niewyraźne] się nazywała.
No. No i Tante Schnecke mówi: "No to jak to ty przyjechałaś?" A Halinka nie może? No i się dowiedziałam, że Halinka też była polskim dzieckiem i wróciła do matki, do matki, ale no jakieś tam były nieporozumienie, także ona szybko za mąż wyszła. Tak, ale ona trochę dłużej była.
Na w którymś roku wróciła, to już maturę zrobiła w Niemczech. 
No także różne były losy tak tych dzieci.

[1:26:53] Muzeum
Pani Barbaro, czy szwajcarski kuferek przetrwał, czy jeszcze go pani ma?

[1:26:57] Barbara Paciorkiewicz
No ten kuferek to chyba mój mąż wyrzucił.

[1:27:01] Muzeum 
A taki mądry chłop.

[1:27:07] Barbara Paciorkiewicz 
Tak, tak myślę, że to, że to mu ciążyła ta historia. Tak. 

[1:27:10] Muzeum 
Jak symbol wyrzucił. 

[1:27:16] Barbara Paciorkiewicz 
Tak, tak myślę, tak myślę, bo myśmy to znaczy ja dostałam mieszkanie taką kawalerkę pokój z małą kuchnią i łazienką i się wprowadziłam z tym kuferkiem, bo nic innego nie miałam i to był początek.
No i później jak się mój syn urodził, no to staraliśmy się, to znaczy on miał takie samo mieszkanie ze swoją matką jak ja miałam, tylko w innej dzielnicy i staraliśmy się, ponieważ moja teściowa nie chciała sama mieszkać, ona też nie miała tu rodziny, miała tylko tego syna i dlatego syna została w Polsce. Też jej nie było łatwo.
No ale pracowała, awansowała i w końcu no pogodziła się ze swoim losem. Zawsze później mówiła, że kto Niemca nie zna, to go kupi. Myśmy się śmiały. Tak.
 Ja potem odnalazłam jej rodzinę w Niemczech było spotkanie też. No to był taka historia inna. No w każdym bądź razie chcieliśmy te dwa mieszkania oddać za jedno większe. Nie mieliśmy pieniędzy, żeby kupić większe mieszkanie. No a moja teściowa nie chciała sama mieszkać.
 Znaleźliśmy takie mieszkanie, trzy pokoje z kuc